piątek, 27 grudnia 2013

Hobbit

Ekranizacja powieści Tolkiena nie mogła odbyć się po cichu. Kina wyświetlały już przedpremierowe pokazy, gdzie kusiły unikatowym plakatem Legolasa, który nawiasem mówiąc został sztucznie wprowadzony do "Hobbita". A co ja o tym wszystkim myślę?
Dzisiaj wróciłam z kina z "Pustkowia Smauga" i nie mogę powiedzieć, że żałuję swojej decyzji, jednak porównując do poprzedniej części, trzeba przyznać, że ta jest... lepsza i gorsza od niej.
'Niezwykła podróż" w ostatnich sekwencjach filmu wydawała mi się być nudna, nużyła mnie. Może ma to jakiś związek z tym, że raczej nie jestem fanką czystej tego typu literatury, a Tolkien to przecież król. Niestety z własnej woli nigdy nie sięgnęłam po żadną z jego książek, zmuszona zaczęłam czytać tylko "Hobbita", ale nie udało mi się dotrwać do końca papierowej historii. Doceniam niezwykłą pomysłowość autora, ale nie wciągnęła mnie jego powieść.
Z filmem rzecz ma się podobnie, ale inaczej.
"Niezwykła podróż" zachwyciła mnie, ale w 3/4, ostatnia 1/4 zaczynała nużyć. Nie wiem co było tego powodem. Zwalę więc winę na 3D, którego nienawidzę. Zgodziłam się jednak iść na taką, a nie inną projekcję ze względu na koleżankę.
Mówiąc o drugiej części, poszłam na normalny film w 2D, ale tutaj czegoś zabrakło. Nie wiem, co to mogło być, ale... W każdym bądź razie nie odczuwałam nudy ani zniecierpliwienia. Dodatkowo punktuje zakończenie, gdzie koniec jest postawiony w postaci pytania retorycznego i rzekłabym sytuacji retorycznej, gdzie człowiek zaczyna się zastanawiać, co dalej?

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Trójca zamczyska Carbonów part 5



Otworzyłam oczy świadoma tego, że ktoś przerwał trwały dotąd krąg. Powinnam umrzeć. Czułam oddech śmierci na swoim ciele. Dotykałam jej objęć. Ona jednak szybko mnie z nich wypuściła.
Usiadłam na łóżku, tym razem już nawet w najmniejszym stopniu nie zdziwiona, że widzę ściany swej komnaty. Nazwałam ją swoją, bo obawiałam się, że mogę tu na trochę pozostać. Zsunęłam z siebie kołdrę. Byłam naga. Obejrzałam dokładnie ciało szukając blizn. Znalazłam tylko jedną. Na mojej piersi widniała zabliźniona runa. Pewnie już nie zniknie. Rozejrzałam się pospiesznie, szukając czegoś do ubrania. Moje spojrzenie niemal machinalnie padło na kufer obok łoża. Otworzyłam go i niewiele myśląc, ubrałam wszystko to, co się w nim znajdowało. Nie dziwiłam się nawet, że rozmiary bielizny, spodni, butów i bluzki są wprost dla mnie idealne. 
Wtedy poczułam silny ból. Żołądek zaczął mi się zwijać w pętlę z głodu. Otworzyłam drzwi mojego apartamentu. Ogarnął mnie przyjemny i ciepły zapach. Powietrze wypełnione wonią mięsa. Ślinka napłynęła mi do ust. Jak lunatyk poszłam za zapachem jedzenia. Po nitce aż do kłębka.
Za niedużym, ale masywnym stołem siedziały siostry jedząc smażone kawałki mięsa.  Opadłam ciężko na najbliższe krzesło i starałam się opanować zadyszkę.
-Głodna? –zapytała Ksenna i nałożyła mi na talerz smakowicie pachnące jedzonko.
Dorośli zawsze powtarzają dzieciom: nie bierz nic od nieznajomych, dzisiaj nadeszła chwila by złamać tę zasadę. Nawet gdybym chciała coś powiedzieć wiedźmom, o co zapytać, nie miałam na to siły, a moje gardło było zbyt spragnione, by mówić.
Po posiłku duszkiem wypiłam szklankę, sama nie wiem czego. Nie powiedziały mi, co to, a ja nie pytałam. W każdym bądź razie, po tym poczułam się dużo lepiej. Spokojnie oddychając miałam ochotę wyłożyć się na blacie stołu i w takiej pozycji odpoczywać.
Ale teraz nadeszła ta chwila, kiedy trzeba zadać pytania.
-Dlaczego tutaj jestem?
-Nie powiedziałaś jej jeszcze, Anno?
Anna wyprostowała się i spokojnym opanowanym tonem odpowiedziała siostrze.
-Nie zdążyłam jeszcze, ale zaraz to zrobię. Co byś chciała wiedzieć? –zapytała mnie. Przez chwilę zastanawiałam się od czego zacząć, bo chciałam wiedzieć wszystko, a nawet więcej.
-Dlaczego tutaj jestem? –ponowiłam swe wcześniejsze zapytanie.
-Widzisz… nie jestem pewna czy będziesz umiała to zrozumieć. To dosyć skomplikowane. I dla nas i dla ciebie. –Anna spięła się. Widać było, że nie będzie to dla niej prosta rozmowa.
-Zacznij od początku. Opowiedz mi wszystko. –zażądałam.
-Tego jest zbyt wiele, bym mogła ci to opowiedzieć w kilka minut. Postaram się jak najjaśniej mówi, a to proste nie będzie. Nie przerywaj mi, gdy będę mówiła, dobrze?
Pokiwałam głową mając wrażenie, że to zupełnie bez sensu. Anna zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech jak przed skokiem na głęboką wodę.
-Moja matka rzuciła klątwę na zamek i jego dziedziców i dziedziczki. Nie kochała ojca, sama nie wiem dlaczego za niego wyszła, ale tak się stało. Pewnego dnia pokłócili się. Nie wiem o co i dlaczego, ale matka była wściekła. Rzuciła klątwę na ojca i jego potomstwo. Gdy to uczyniła, musisz wiedzieć, że była w ciąży z nami. Po naszych urodzinach zniknęła. Klątwa polega na tym, że dwoje z krwi Carbonów nie może opuścić zamku. Wcześniej, gdy żył ojciec, jedna z nas mogła uciec, ale żadna tego nie zrobiła. Gdy on umarł, my zostałyśmy tu uwięzione na zawsze.
Klątwę można na niektóre sposoby naginać, dlatego też od kilku już lat szukamy zamienniczki, która mogłaby zastąpić jedną z nas. Nie na zawsze, oczywiście. Na jakiś czas. polegałoby to po prostu na zmienieniu osoby, na której ciąży klątwa. Nigdy tego nie próbowałyśmy, ale ojciec kiedy jeszcze żył, wierzył że to może dojść do skutku. Niestety spośród wszystkich zaciągniętych tu ludzi, tylko ty przeżyłaś nieprzemieniona w kruka. Pewnie chciałabyś wiedzieć, kim jest dokładnie zamiennik? To osoba, którą wypełniłaby nasza moc. Ktoś, kto stałby się kimś z naszej krwi. Przeżyłaś chrzest, więc za niedługo powinnaś poczuć, że coś się w tobie zmienia. Staniesz się bardziej zwinna, poczujesz, że wypełnia cię moc. Kiedy to się stanie, nie wiem. Jesteś pierwszym takim przypadkiem. Mamy nadzieję, że będziesz żyć jak najdłużej. Nie bierz tego tak do siebie, że jesteś w więzieniu. Piotr zawsze dokładnie wybiera osoby na potencjalnych zamienników. Wiemy, że fascynujesz się naszą historią. Każdy człowiek, który był wybierany na to miejsce, miał w sobie coś co łączyło go w jakiś sposób z nami. To nigdy nie były przypadkowe osoby.
Wstałam od stołu i wyszłam z komnaty na korytarz. Jednym spojrzeniem dopatrzyłam drzwi. Wybiegłam z zamku, prosto do cmentarnej bramy. Zamknięta. Z bijącym sercem obiegłam całą posiadłość Carbonów w poszukiwaniu jakiejś otwartej furtki. Na próżno szukałam, nigdzie nic takiego nie było. Zostałam sama. Z wiedźmami. O ile sama nie byłam jedną z nich.
-Spacerek? –zagadnął mnie ochrypły głos. Odwróciłam się wystraszona i zobaczyłam kilkanaście metrów przed sobą kobietę około pięćdziesiątki. Czarne włosy poprzetykane były siwymi pasmami. Miała na sobie jasną suknię z jasnozielonym gorsetem. W jej ręku tkwiła drewniana laska.
-Zostaw ją! –mrugając szybko, udało mi się zarejestrować jak Anna szybko staje przede mną. Wyglądało jakby mnie osłaniała własnym ciałem, co wydawało mi się być dosyć dziwne.
-Po co ci ona, córciu? Jest pusta. Nic w niej nie ma. Nie mów mi, że wierzysz w te głupie plany ojca?
-Odejdź. W tej chwili. –głos Anny tężał.
Zdumiona byłam tym, że kobieta prawie w ogóle nie przypominała sióstr. Wyłoniłam się zza ciała Anny chcąc się lepiej przyjrzeć jej matce. To był błąd. Przez duże B.
-A! Ona ma moc! Ona ma moc! Oddaj mi ją. Tobie jest niepotrzebna! –starsza kobieta rzuciła się na mnie ze swoją laską, która w jednej chwili zmieniła się w srebrzyste ostrze. Przerażona stałam sparaliżowana. W tym samym momencie Anna wyjęła swój sztylet i sparowała cięcie. Szybko się odsunęłam do tyłu nierozumiejąca o co tyle hałasu. Niemożliwe bym była aż tak dużo warta. Z mocą czy bez, czymkolwiek ona była, byłam tylko zwykłą dziewczyną. Z runiczną blizną na piersi.
-Odejdź matko! Wiesz, że będę jej bronić
-Wiem, córciu i dlatego właśnie nie odpuszczę.
-Uciekaj! –krzyknęła do mnie Anna. Nie musiała dwa razy powtarzać. Szybko wzięłam nogi za pas i zaczęłam biec w stronę drzwi zamku. W powietrzu rozniósł się krzyk siostry. Zatrzymałam się i obejrzałam przez ramię. Dziewczyna leżała na ziemi, przyciskając dłoń do krwawiącego ramienia.
Wtem nagle poczułam. Coś. Przepełniało mnie. Wrzało. Jak lawa. Jak ocean kruszący brzegi. Ogniste fale rozpalały mnie od wewnątrz. Nie wiedziałam, czym to mogło być. Nigdy się podobnie nie czułam. Morska toń niosła zniszczenia, chciała wydostać się ze mnie i chłonąć wszystko, co przede mną.
Matka wiedźm zamachnęła się swoim mieczem na bezbronną Annę. Poczułam, że nie mogę pozwolić sobie na to patrzyć. Nie mogę uciszyć wybuchu wulkanu. Wzbudziło się we mnie nagłe przywiązanie do tego miejsca. Więź, którą ta kobieta chciała zniszczyć jednym ciosem. Tak długo marzyła, bym zobaczyć zamczysko Carbonów, tak długo chciałam wejść do środka. A teraz, gdy już w nim mieszkałam od jakiegoś czasu, nadal cierpiałam na niedosyt wiedzy. Chciałam poznać każdy jego sekret. Nie mogłam, więc pozwolić jej, by zniszczyła moją przygodę.
Uwolniłam moc drzemiącą dotąd w mym ciele. Uniosła mnie nad ziemię i pchnęła ku tej, która właśnie chciała zabić. Rozłożyłam ramiona i zwinęłam dłonie w pięści. Poczułam jak się we mnie kotłuje żar, a potem uwalnia się poprzez ręce, na zewnątrz. Prosto we wroga. Matka sióstr wrzasnęła przeraźliwie.
-Kim jesteśśś dziewwwwczyno, że maszzz aż taką wielką moccc? –zasyczała z gniewu. Uniosłam w geście wielkości, głowę. Kobieta nie została nawet draśnięta przez ogniste kule. Rozjuszyło ją to tylko. Wiedziałam, że moja energia zaczynała się znowu kumulować i znów szukać ujścia. Tym razem było jej dużo więcej niż poprzednio. Moc regenerowała się szybko, narastała. Jej wykorzystanie właśnie otworzyło przede mną nowe jej złoża. Czułam się pełna jak nigdy. Wielka jak niezmierzony ocean. Dziś mogłam wszystko.
-Jestem Zofia.
Poczekałam aż energia skumuluje się do reszty.
I wyzionęłam żar z głębi duszy.

Trójca zamczyska Carbonów part 4c

A tu ciąg dalszy rozdziału czwartego...
Dołączę dzisiaj również najlepsze świąteczne życzonka, zdrówka, szczęścia i miłości, oraz wszelkiej pomyślności oraz góry książek pod choinką.



Paulinna oddaliła się ode mnie. Objęłam się ramionami. Kruki zaczęły swą pieśń. Wrzaski i krzyki zaczęły stopniowo wypełniać powietrze. Patrzyłam na to trzęsąc się z zimna. Popiół znów zasłonił świat. Zaczynałam się zastanawiać, czy to wszystko może tak po prostu bez końca trwać. Ptaszyska zaczęły wirować wokół mnie. Poczułam się taka mała i zagubiona. A ich było coraz więcej. Okrzyki umęczenia wywiercały mi dziurę w głowie. Każdy kruczy pomruk stawał się nie do zniesienia. Kucnęłam i przyłożyłam ręce do uszu. Kruki zaczęły formować słowa.  Nagle wiatr uderzył mnie z taką siłą, że się zachwiałam. Wyhukiwane słowa zaczęły stawać się czytelne. Mogłam zrozumieć o czym śpiewają zmęczone dusze uwięzione w kruczej posturze.

Niech kruki zjedzą twe ciało,
Jeżeli duszę masz zbyt słabą

Niech popiół zagarnie twe kości,
Niech pozostaną same ości

Które wiatr rozwieje,
Pod drzew spróchnieniem

Jeżeli niegodna  dusza twego ciała,
Spali się bez mała

Ni popiół, ni krew, ni kości,
Łaknie cię zimno ziemi z grobu

Pęknie twe serce,
Umrzesz śmiercią kruka

Rozsypie się twa dusza,
Prochem stanie się ciało

Wrzask przemiany w kruka,
Niech dźwiękiem dni twych ostatnich
będzie

Kończąc pieśń, kruki obniżyły lot i zaczęły mnie dziobać. Początkowo krew zaczęła wypływać mi z ramienia. Później już cała byłam nią umorusana. Starałam się jak tylko mogłam, osłaniać twarz. Kolejne ptaki rzucały się na mnie jak na pożywienie. Każdy atak był o wiele bardziej bolesny od poprzedniego. Łkałam, dusiłam się łzami cierpienia. Ich głód nie został zaspokojony na piciu mojej krwi. Zaczęły rozrywać moją skórę i się nią pożywiać. Omdlała z bólu uświadomiłam sobie, że ja też dawno nic nie jadłam. Wizja obiadu czy możliwości położenia się u siebie w łóżku, była jak najodleglejsze z marzeń. Niemal nierealne. A może zupełnie nierealne. Żołądek zmieniał mi się w czarną dziurę głodną czegokolwiek jadalnego. Zmęczona padłam na twarz. Kruki zaczęły jeszcze żarłoczniej atakować. Wydawało się, że nigdy nie przestaną. Chciałam siłą woli opuścić swoje ciało i uciec daleko. Nie potrafiłam niestety.
One chciały jeść. Ja chciałam jeść.
Ktoś musiał umrzeć z głodu, a ktoś… umrzeć potem.
Z trudem uniosłam się na nogach. Ataki zelżały. Obolała popatrzyłam na swoje ręce i nogi. Całe w krwi, poogrywane płaty skóry. Otwarte rany piekły coraz bardziej. Kruki wgryzały się bezlitośnie w uszkodzone ciało. Jeden zniżał właśnie lot chcąc wbić się w moje ramię, zacisnęłam zęby i uderzyłam z całej siły w jego tułów.

Zbyt słaba, by walczyć
Zbyt silna, by żyć

Co to ma być?
Jak ty będziesz teraz żyć?

Kruki znów zaczęły śpiewać. Dodatkowo w tle słyszałam bębny, ataki zelżały. Popiół nadal się unosił, więc nie widziałam ani sióstr ani Paulinny. Sama nie wiedziałam, ale chyba poczułabym się lepiej gdyby mi się udało dojrzeć chociaż jedną z nich. Ciężko oddychając wciąż nadstawiałam uszu, by słyszeć o czym mówią czarne ptaszyska. Niestety każde kolejne słowo było cichsze od poprzedniego. A każdy kolejny atak bardziej brutalny i bolesny. Każdy kolejny kruk wyrywał mi coraz więcej ciała.

Umarło was tysiące,
Ale to nie było nigdy kojące

Zadaliśmy ból wielu,
Iluż przetrwać zdołało?

Nikt niegodny żyć nie może,
Nikt bez skazy pić krwi nie będzie

Z nami zasiądą liczni
Do uczty krwi i ciała,

Usiądziesz i ty, jeśliś godną,
Jeśli nie, umrzesz wiecznie głodną

Ni krew, ni kości, ni ciało
Ni duszę pozostawią ci małą

Ni serce, ni czucie
Uczujesz tylko dzikie w piersi kłucie

Śmiertelna raz wypełni,
Porachowań księżyca w pełni…