Pokazywanie postów oznaczonych etykietą about me. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą about me. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 lutego 2014

Maskarada

W piątek byłam w teatrze Słowackiego w Krakowie na "Maskaradzie", więc postanawiam się podzielić moimi przemyśleniami na temat tego przedsięwzięcia ;).
Opinię dodałabym wcześniej jednakże do domu wróciłam dopiero w sobotę nad ranem, a w weekend nie miałam czasu by coś więcej napisać, bo pisałam inne wypracowania z języka polskiego i WOKu.


Wchodząc do teatru zostajemy delikatnie „dotknięci” przez myśl, że cokolwiek zobaczymy- zapadnie nam w pamięci i będziemy to wspominać.
W środku budynek zaczyna budzić coraz większą ciekawość. 
Przekraczając próg miałam wrażenie jakbym po drugiej stronie odnalazła się, ale w innym czasie. Ubrana w długą pastelową suknię z gorsetem, mknęłam do drzwi z numerem 6. Otwierając je uświadomiłam sobie, że XXI wiek został gdzieś daleko. Wiszące na ściance owalne lustro ze zdobioną ramą tylko mnie utwierdzało w tym przekonaniu.
Zdejmując płaszcz i wieszając go na wieszaku, cały czas starałam się objąć wzrokiem wszystko, co przede mną, obok mnie. Chciałam zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Ścianki czy krzesła wyłożone czerwonym materiałem. Niesamowicie pomalowany sufit. I ci wszyscy ludzie równie zapatrzeni w architekturę jak ja.
Wtem nastała ciemność.
Nienasycona napawaniem się i chłonięciem zdobień i wszystkiego dookoła, próbowałam w mroku ujrzeć choćby najmniejszy fragment sufitu. 
Rozbrzmiała muzyka, nadszedł czas, by wskoczyć na dłużej do przeszłości. Na scenie pojawili się mężczyźni i kobiety. Rozpoczęli swój taniec. Zachwycona muzyką, zastanawiałam się, co widzę i o czym będzie spektakl. Pierwszych kilka minut nie dało mi odpowiedzi na to pytanie, więc moja ciekawość zaczęła momentalnie wzrastać.
Akcja zaczyna się rozwijać, ale gdy widz zostaje przez nią wciągnięty pojawia się antrakt.
Sztuka nie należy do banalnych, przez to na początku trzeba się skupić. Potem jednak nie myślimy już o tym, co wcześniej odwracało naszą uwagę, lecz z całego serca pragniemy wtopić się w akcję spektaklu.

Myślę, że to naprawdę udany wyjazd do teatru.
Cieszę się, że odkryłam miejsce, gdzie przez chociaż kilka godzin mogę się poczuć jakbym była w innej epoce.

niedziela, 16 lutego 2014

Miłość rozkruszyła nawet boga...

Głowa oddzielona od ciała, a w oczodołach pustka. 
Eros, skrzydlaty bóg miłości i namiętności leży powalony na ziemię. Dlaczego? Wielki został ugodzony i rozdarty? Co go rozerwało? 
Wcześniej przedstawiany jako nieśmiertelny, przez Mitoraja zostaje pokonany. 
Rzeźbiarz chce coś powiedzieć przez swoje dzieło, do nas należy odczytanie tej wiadomości. Nikt nie jest niepokonany, nawet sami bogowie. Nikt nie może z nią wygrać, gdy zostanie ugodzony jej strzałą. 
Miłość. Potrafi być piękna, namiętna i pełna obietnic. Ale ma też swoją drugą stronę. Eros mimo iż jest jej bogiem, został trafiony jest strzałą. Doznał szczęścia, a potem doświadczył zdradliwości swych uczuć. Wielki, ale co z tego skoro ona wygrała?
Eros ukazuje się nam poprzez rzeźbę jako bardziej ludzki niż byśmy się mogli spodziewać. Jego własna broń, miłosna strzała dotknęła swego pana. Rozdarty został przedstawiony przez Mitoraja. Uczłowieczony bóg pokonany przez miłość.
Zakochani zapominamy o wielu rzeczach, nie zauważamy nawet, gdy je tracimy.  Jednak ona się kiedyś kończy, a wtedy ból i pusta zaczynają nas zżerać.  Gubimy po kolei części siebie, tak jak Eros Mitoraja.  Nasze życie zaczyna się przemieniać w bezdenną otchłań pustki. Patrzymy, szukamy, staramy się wypatrzeć strzał miłości, chociaż wiemy, że ich już dla nas nie ma. Mimo to, chcemy odnaleźć to szczęśliwe zakończenie. Robimy się ślepi na wszystko inne, bo chcemy tylko jej, tej jednej jedynej strzały, która nas ugodzi i zabierze w krainę namiętności. Wiemy, że to się nie stanie, ale wypłakujemy oczy za tym wszystkim, co się już nie zdarzy. Nasza twarz traci swój wyraz, bez uśmiechu, bez radości.
Kraków, Rynek Główny - Igor Mitoraj: "Eros Tied" ("Eros spętany")Erosa spotkało to samo. On nie ma jednego ciała, rozbity przez swoją miłosną strzałę. 
Idealny bóg stał się kruchy niczym dużo słabszy od niego człowiek. Ratuje się dwoma paskami materiału związując sobie twarz, by i ona się nie rozpadła.
Nie ma już oczu, puste oczodoły nadal łakną strzały, która nie zostanie z łuku wystrzelona. 
Bóg w rozsypce. 
Nie tak silny jak się człowiekowi wydaje.
Myślę, że owa fragmentaryczność i celowe uszkodzenie rzeźb ma zasugerować odbiorcy, że nikt nie jest idealny, nawet greccy bogowie. 
Nikt nie może uciec przed silnym uczuciem, każdego kiedyś dotknie strzała Erosa. 
Na początku poznamy jej dobre strony, a potem ona nas zostawi byśmy się rozpadali jak jej władca.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wax museum

Witajcie,
dzisiaj tylko parę fotek, tym razem z muzeum figur woskowych w Dublinie.
Mam nadzieję, że się będą Wam podobać.
Na mnie osobiście muzeum wywarło olbrzymie wrażenie, do tego stopnia, że przeszłam go dwa razy, zrobiłam zdjęcie każdemu kątowi, a w aparacie padła mi bateria :) .










Tak, więc dziś możecie zobaczyć kilka wybranych zdjęć. Dodatkowo udało mi się znaleźć zdjęcie frytek z serem, które jedliśmy w pewnej restauracji w Droghedzie. Taki sobie fast food z klimatem w nastrojowym miejscu, czerwone siedzenia, szafy grające i te czasy.

niedziela, 11 sierpnia 2013

I did not forget.

Na samym początku chcę wytłumaczyć swoją bardzo długą nieobecność. Nie była ona spowodowana zapomnieniem czy też porzuceniem bloga tylko brakiem czasu. Wydaje mi się, że wspominałam już, że miałam w planach wyjazd na wakacje. Tak też było, 22 lipca opuściłam swój dom i pojechałam razem z kasjopeą do Warszawy, potem 25 lipca poleciałyśmy samolotem do Dublina, a z niego już samochodem do Dundalk. Cały pobyt w zielonej Irlandii trwał do 5 sierpnia, potem byłam w Warszawie do 9, tak więc w domu byłam dopiero w nocy wczoraj, przyjechałam zmęczona i na nic nie miałam siły, więc dopiero teraz zabieram się za ten post.
Ale teraz troszkę opowiem jak to wszystko wyglądało, może na początek powiem, że to był mój pierwszy wyjazd za granicę i lot samolotem, nie denerwowałam ani się nie stresowałam wcale w przeciwieństwie do kasjopei, którą troszkę nerwy opanowały. Ona również leciała po raz pierwszy, więc nie bardzo wiedziałyśmy co i jak, na szczęście udało się nam "przyczepić" do pewnej pani, która też leciała do Dublina, więc razem z nią udało się nam przejść przez całą odprawę i ogarnąć.
Tak, że wracając już do Warszawy, same przeszłyśmy przez te wszystkie procedury lotniskowe, odprawy nie odprawy i w ogóle. So.. nie było tak źle.
No a teraz może powiem, co takiego jadłam, czego wcześniej nie udało mi się spróbować. Więc zaraz na następny dzień po przylocie do Irlandii, dokładnie około godziny 18 pojechaliśmy na irlandzką kolację do Shili. Była to miła starsza pani, z którą niestety miałam lekki problem się dogadać. Okazało się, że angielski, którego uczą w szkole niestety, ale w praktyce jest mało użyteczny, oczywiście czasy i słownictwo się przydaje, ale żeby rozumieć co do ciebie ludzie mówią- musisz trochę z nimi mieć styczności. Na kolacyjce była oczywiście herbatka z mleczkiem, kanapeczki (na polówce mięciutkiej bułeczki sałatka, mniam) i muffinki z kolorowymi polewami.
Kolejnego dnia pojechaliśmy do... w sumie to nie pamiętam nazwy tego miejsca, ale było niesamowite.
Patrząc na zdjęcie widzę, że jest piękne, ale w realu był to bardziej cudny widok. Patrząc widziałam jak woda liże podnóża gór, a chmury otaczają szczyty jak mgła. Zjedliśmy tam po lodzie włoskim z flake. Mam nadzieję, że dobrze pamiętam nazwę czekoladki, która była w smaku jak ciasteczko.
Następnego dnia, nie wiem który to był, ale... poszliśmy na małże z grila. Nigdy wcześniej ich nie jadłam, więc byłam bardzo negatywnie nastawiona. Myślałam, że będą nie do zjedzenia... W każdym bądź razie ugrilowana część była bardzo dobra, część, która była w skorupie... no cóż... awful. Bleah, ale szybko połknęłam i zapiłam pomarańczowym sokiem, więc nie było tak źle.

Kolejnym przystankiem na naszej drodze było Giant's Causeway na samej północy Irlandii. Widok był jak z jakiegoś filmu, jak ze snu piękny i nierealny.
Dalej były ruiny jakiegoś kompleksu klasztornego. Wtedy też złapała nas burza, więc musieliśmy się ukryć przed siarczystym deszczem.
Cudem zielonej wyspy prócz wszechobecnej zieleni, Newgrange i ruin było dla mnie morze, najpiękniejsze jakie kiedykolwiek w życiu widziałam. Stałam tak na tej plaży i gapiłam się w jego nieskończoność jak uzależniona, nie mogąc przestać.
No, a tu wcześniej wspomniane Newgrange.
Tym ostatnim zdjęciem z północy, zakończę serię fotę, które będą w tym poście.
Będąc na najbardziej niesamowitych wakacjach w moim życiu, widziałam dużo więcej, byliśmy w muzeum figur woskowych w Dublinie, z miejscowości odwiedzonych przez nas, których miejscowości pamiętam to Ballymena, Ballymoney, Bushmills, Dublin, Dundalk, Drogheda, Newry, Craigavon, Antrim. Było ich znacznie więcej, ale nie pamiętam już ich nazw. W każdym bądź razie, będąc potem w Warszawie dotarło do mnie, że będę tęsknić za tą niedużą zieloną wyspą, że zostanie w moim sercu na zawsze <3 .

Tak dziś kończę post, oczywiście może jeszcze dodam jakieś foty, coś opowiem, ale już nie dziś.
See you.





piątek, 19 lipca 2013

Order & case.

Dzisiaj muszę się przyznać, że nic takiego się u mnie nie wydarzyło, cały (no, prawie cały) dzień zleciał mi na porządki w domu i na przegląd rzeczy. Przejrzałam wszystko, co mam i dokonałam selekcji, troszkę mi zajęło zastanawianie się nad tym, co spakować na wakacje, ale to jeszcze nic pewnego, bo pewnie coś jeszcze z walizki wyciągnę albo coś do niej wrzucę. Tak czy siak będę musiała to wszystko jeszcze zważyć i poukładać po raz kolejny, bo teraz wszystko powrzucałam do walizki żeby się nie plątało po pokoju, bo za pół godziny mamy mieć gości, więc należycie- powinien być porządek. Oprócz tego trochę próbowałam ogarnąć słownik, ale niezbyt się udało, bo czas na to nie pozwolił. Na szczęście jest jeszcze jutro i niedziela, więc może wtedy doszlifuję swój angielski. Ale o reszcie... ( czyli wyjeździe) potem. Jak na teraz i dziś- to wszystko, no chyba, że się coś jeszcze wydarzy, - to wtedy napiszę, ale to już po fakcie, czyli jutro.
Bye.

czwartek, 18 lipca 2013

Big return... again.


 Siema ludziska!
Kiedyś dawno, dawno temu, za górami, za lasami prowadziłam bloga, potem go usunęłam, nie prowadziłam, znowu założyłam i usunęłam, potem tymczasowo prowadziłam z kumpelą. Właściwie to miałyśmy taki układ, że będę z nią go 'prowadzić' do czasu aż wszystko ogarnie, a potem zniknę. I tak też było. Wczoraj w sumie to sama nie wiem, dlaczego weszłam na swojego starego bloga, gdzie był tylko jeden post z linkiem do bloga kumpeli, zobaczyłam, że kilka dni temu ktoś dodał komentarz. No i tak sobie pomyślałam, że może by tu coś zmienić. Niestety-przyznaję się bez bicia, że i troszkę nie ogarnęłam i nie podoba mi się nowy wygląd na bloogu, więc pomyślałam, że wrócę tutaj. Wczoraj też postanowiłam wcielić w życie jedną z zasad innej kumpeli- De Lorez. Brzmi ona:
'Nie ważne co, nie ważne z kim -ważne by gadać."
Zmodyfikowałam ją minimalnie zastępując "gadać" na "pisać". Tak, więc zabieram się już na poważnie, będę pisać o wszystkim i jak najczęściej, chcecie-czytajcie, nie-to trudno.  Sama bardzo lubię czytać blogi moich internetowych koleżanek, więc teraz przystaję do tego grona "wirtualnych pisarzy."
 See you!